Ostatnie komentarze

  • Wpis w: Truskawki w śmietanie   6 miesięcy 2 tygodnie ago

    Na długiej przerwie jak zwykle popędziłam do małego kantorka wyznaczonego na gabinet redakcji szkolnej gazetki. Odkluczyłam stare drzwi i już po chwili siedziałam za moim prywatnym biurkiem, przywleczonym tu ze strychu. Wyjęłam swoje śniadanie składające się ze złożonej kromki żytniego chleba z liściem sałaty i gruszki, a następnie otworzyłam gruby notes w czerwonej oprawie i poczęłam przeglądać notatki z ostatniego spotkania.

    Większość przerw spędzałam w towarzystwie moich przyjaciółek, które lubiły rozprawiać o wyglądzie, drogich ciuchach, najnowszych trendach... A poza tym często komentowały styl i wygląd innych uczniów. Zawsze żywo uczestniczyłam w tych dyskusjach, ale długa przerwa była dla mnie pewnego rodzaju oderwaniem od plastikowego światka, gdzie prym wiodły rozmowe o charakterze niezbyt wyszukanym. Na długiej przerwie siadałam w zacisznym kąciku i włączałam radio czy płytę happysad. Często czytałam i poprawiałam artykuły pisane przez moich dziennikarzy, ale była to dla mnie sama przyjemność. Praca w szkolnej gazetce stanowiła jedyny rodzaj zajęć, na które nie uczęszczała żadnych z moich pustych przyjaciółek. Nie mogłam nie dopuszczać do siebie myśli, że te dziewczyny do najmądrzejszych nie należą, choć jednocześnie bardzo je lubiłam. Każda z nich była specyficzna na swój sposób, każda miała własne dziwactwa i upodobania - a jednak stanowiły jednolitą masę idiotyzmu.

    Jeszcze trzy osoby zalegały mi z artykułami. Odłożyłam notes, ułożyłam się wygodniej na twardym krześle i położyłam nogi na biurku. W zamyśleniu gryzłam kanapkę, obserwując wróble pomykające na śniegu za oknem. Okno było bardzo zakurzone, a firanki brudne i szarawe. Mimo to, zabroniłam ruszać oba zaniedbane sprzęty - twierdziłam, iż było to dziedzictwo wcześniejszej redakcji, która charakteryzowała się wyjątkowym luzem i nonszalancją, a także dystansem do życia.

    Tego dnia całą przerwę spędziłam w samotności, ale od czasu do czasu ktoś razem ze mną przesiadywał w zapuszczonym kantorku redakcji. Czasem prowadziłam z tym kimś ożywioną konwersację, czasem nie zamienialiśmy nawet słowa. Ten gabinet stanowił pewnego rodzaju azyl dla dziennikarzy i pozostałych uczniów zaangażowanych w pracę szkolnego czasopisma - poza tym, wszyscy znaliśmy się na tyle dobrze, że nie potrzebowaliśmy słów, by odczytać swe nastroje i myśli. Było mi dobrze z tymi ludźmi, a mimo to nie oni stanowili moje naturalne środowisko, z którym silnie się identyfikowałam.

    Wychodząc z kantorka, wpadłam na Łukasz. Z nieśmiertelną fajką w ustach, cofnął się o krok i zlustrował mnie wzrokiem.

    - Hej, Kicia - wymruczał. Tymczasem ja mocowałam się z zamkiem, który niespodziewanie się zaciął. Zaparłam się nogą o drzwi i z całych sił próbowałam przekręcić klucz. - Jakieś problemy?

    - Oczywiście, że nie - odpowiedziałam spokojnie, nie obdarzając go nawet spojrzeniem. - Ten zamek po prostu upodla życie dziennikarzy. Mnie codziennie. Jestem przyzwyczajona do tego rodzaju rewelacji - wzruszyłam ramionami.

    - Pomogę - wypuścił peta z ust i zadeptał go na szarych płytkach posadzki. Wyjął mi klucz z dłoni i sprawnym ruchem zakluczył drzwi. - Swoją drogą... Nie miałabyś ochoty na kino?

    Westchnęłam i spuściłam wzrok, chcąc powstrzymać buzującą we mnie wściekłość. Ten frajer ponownie chciał spróbować... Doprawdy, żałosne. Uśmiechnęłam się krzywo. Tym razem nie zamierzałam na niego krzyczeć.

    - Nie, nie miałabym - odpowiedziałabym spokojnie, odwracając się do niego i opierając kokieteryjnie o futrynę. - Na pewno nie z tobą.

    Łukasz westchnął, wbił ręce w kieszenie i zmrużył oczy.

    - Za niskie sfery, co, Kicia?

    - Elita ma swoje prawa. A ja nie mam prawa ich łamać - uśmiechnęłam się do niego przepraszająco, ale to był fałszywy uśmiech. Wyminęłam Łukasza i ruszyłam na kolejną lekcję.

  • Wpis w: Truskawki w śmietanie   6 miesięcy 2 tygodnie ago

    Notujesz już drugie spóźnienie, jeszcze jedno moja panno i będziesz miała kłopoty! – Usłyszałam, gdy tylko przekroczyłam drzwi do klasy. Nauczycielka przyglądała mi się przez chwilę, po czym gestem ręki wskazała, bym w końcu usiadła na miejscu. Trochę mnie to irytowało, gdyż miałam dziwne wrażenie, jakby tylko mnie o coś takiego karciła.

    Przypomniałam sobie identyczne sytuacje z poprzednich tygodni. Ludzie potrafili spóźniać się nawet po dziesięć minut i nigdy jakoś z tego powodu problemów nie mieli. No może poza Łukaszem, który efekt swoich spóźnień doprawiał aromatem dymu papierosowego. No ale nauczycielka miałaby problem, gdyby przymykała na to oko.

    W sumie to chyba powinnam z nim pogadać. Jakoś tak ostatnio chamsko się wobec niego zachowałam, no ale co sobie myślał, gdy w zeszłym tygodniu podszedł do mnie i zapytał, czy nie wyskoczę z nim na miasto. Narobił mi tylko obciachu przed koleżankami.

  • Wpis w: Babiniec. Czyli gdzie ci mężczyźni   6 miesięcy 3 tygodnie ago

    Gdzie Ci mężczyźni? Pojawiają się zwykle, gdy traci się nadzieję, że cokolwiek wartościowego płeć przeciwna sobą prezentuje. Pojawiają i z miejsca z ziemią równają wszelkie dotychczasowe przekonania, na bok odsuwają smutki i serce zamykają w szklanej gablotce, do której tylko oni mają kluczyk. Tak było i ze mną. Gdy już zupełnie straciłam nadzieję, pojawił się on. Wysoki, przystojny o duszy romantyka. Po prostu ideał który sprawił, że z miejsca zapragnęłam się z kimś na poważnie związać. To właśnie przy nim poznałam, czym jest głębokie uczucie, którym chce się obdarzyć tą jedyną na świecie osobę. Nie wierzyłam, że coś takiego w ogóle istnieje.

    Samotne poranki wypełnił aromat kawy która przestała być dla mnie tylko energetykiem, a stała się czymś wyjątkowym, popołudnia choć dalej milczące, to jednak o wiele piękniejsze, bo z Nim u boku i wieczory, które istniały tylko dla nas i noce, które przesypialiśmy tylko po to, aby od rana ujrzeć swoje spojrzenia. Trwało to pół roku, nim się we mnie coś wypaliło. Być może za dużo pracy, za mało czasu miałam dla "nas". On znajdował go prawie zawsze, gdy byłam w potrzebie, ja sobie tłumaczyłam, że wszystko przed nami, a teraz trzeba zadbać o jak najlepszy start w przyszłość.

    Dni mijały, coraz częściej i my się mijaliśmy. Dalej go kochałam, wiedziałam, że on mnie też. Zaczęłam czuć do siebie odrazę za każdym razem, gdy moja rosnąca oziębłość uderzała w Niego, coś kradła z jego dotychczasowego charakteru. Widziałam, jak się wypala, jak marnieje w oczach. Choroba? Fizycznie wyglądał dobrze, jedynie z psychiką bywało gorzej. Zrzucałam to na barki tęsknoty i kolejnych samotnych wieczorów, gdy ja siedziałam do późna w biurze, a on w domu pilnował, abym po powrocie miała co zjeść. Sam nie pracował, firma, która wcześniej była jego drugim domem, przeszła restrukturyzację i zabrakło dla niego miejsca. Chciał się podjąć czegoś nowego ale ciężko to szło. Ja z kolei sprężałam się jeszcze bardziej by premie trochę podreperowały nasz domowy budżet.

    Pewnego dnia zaczął mi wypominać brak czasu, raniło to mnie, w końcu robiłam to dla Nas. Zaczął się odsuwać, aż w końcu odszedł, opuścił mnie i już nigdy nie wróci. Trafił w objęcia innej, która związała go ze sobą. Kobiety, z którą nie jestem w stanie wygrać, dla której rozbicie czyjegoś związku jest naturalną koleją rzeczy.

    To już rok, gdy żyję ze świadomością, że nie znamy dnia, ani godziny. Że dopiero brak tej bliskiej nam osoby uświadamia, jak wiele błędów popełniliśmy, ile okazji zmarnowaliśmy i jak mało tak naprawdę mamy z tego życia. Szklana gablotka rozbiła się w kontakcie z rzeczywistością. Nie potrzeba już klucza, bo i nie ma czego do niej schować.

    Widuję go często i toczę swój monolog. Nigdy nie był rozmowny, a teraz to już zupełnie zamilkł. Mimo to robię wszystko, aby wiedział, że jestem i jeszcze kiedyś nadejdzie nasz czas. Czas w którym kobieta, co mi go odebrała przyjdzie i po mnie.

    Tak w temacie: https://www.youtube.com/watch?v=obvizJRnezA

  • Wpis w: Szkicownik myśli   7 miesięcy 9 godzin ago

    Melancholia to ładny wyraz. Brzmi w moich ustach jak nazwa egzotycznego kwiatu o mięsistych, bladoróżowo-białych płatkach i trującym wnętrzu.  Piękne słowo kryjące toksyczny smuteczek. Małą drzazgę smutku, powierzchownie wbitą w serce. Takie nic, a jednak niedające o sobie zapomnieć.

    Melancholia to częsty gość w moim domu. W moim umyśle. Nauczyłam się ją ignorować, a kiedy stanowczo odmawia – wykorzystuję ją jako inspirację. Do tworzenia. Moim medium najczęściej jest wirtualna kartka papieru, ale ostatnio zaprzyjaźniłam się z igłą, nylonową nitką i drobniutkimi koralikami. I wplatam swój smuteczek, swoją drzazgę w kolejne rzędy koralików. Więżę melancholię w sieciach ściegów, w siatkach wzorów, w mnogości barw.

    Lubię zajęcia, które wymagają precyzji, czasu, cierpliwości. Nie wiem, czy lubię je wbrew swojej cholerycznej naturze, czy właśnie z powodu jej istnienia. Ozdobienie lukrowymi wzorkami kilkuset ciastek, obrabianie wzorów pod nadruki, stworzenie niewielkiej bransoletki z prawie tysiąca koralików – w czynnościach powtarzalnych, automatycznych umiem odnaleźć własne myśli. Nie jestem szczególnie uzdolniona artystycznie, rysowanie czy malowanie to dla mnie czarna magia, ale dajcie mi ścisłe wytyczne, monotonną do znudzenia czynność i obudzi się moja muza i przegoni melancholię.

    Muzy i melancholie. Ekscentryczne stworzenia. Czy aby na pewno różne?...

  • Wpis w: Szkicownik myśli   7 miesięcy 9 godzin ago

    Pod palcami wyczułam chropowatą powierzchnię, zacisnęłam zęby, uniosłam się na łokciu. Leżałam w przestronnej sali, podpierając się na stole o sfatygowanym blacie. Z czoła ciekła mi strużka krwi, może rozbiłam głowę, może w ogóle straciłam pamięć, bo za nic nie mogłam sobie przypomnieć, jaki jest dzień tygodnia i jak ma na imię moja matka chrzestna.

    W sali nie było ani jednego okna, więc kiedy wnętrze wypełniło się porażającym światłem, rozsądek nie był w stanie dać mi racjonalnego wytłumaczenia tego niespodziewanego zjawiska. Coś świsnęło mi koło ucha, a następnie światłość skupiła się po przeciwległej stronie stołu.

    Wytężyłam wzrok. To była jakaś postać, w lśniącej białej sukience z jedwabiu, w bielutkich pantofelkach.

    - Kim jesteś? - zapytałam nieswoim głosem. Czy to znaczyło, że byłam we śnie?

    - Na imię mi.. Mgphgihjgfj - odparła istota miękkim, szeleszczącym głosem, odrzucając jednocześnie do tyłu lśniące jasne włosy. - Przybywam, by cię uświadomić.

    - Uświadomić w czym? - niechętnie wstałam, otrzepując przybrudzone rurki w czerwoną kratę. - Czuję się świetnie. Czuję się naprawdę fantastycznie, to jeden z... Najprzyjemniejszych snów, jakie kiedykolwiek miałam.

    - To nie jest sen - zastrzegła tajemniczna istota.

    - Doprawdy, ....? - w tym momencie zdałam sobie sprawę, że wciąż nie znam imienia istoty, która wymówiła je zbyt niewyraźnie. - Przepraszam, czy możesz powtórzyć swoje imię?

    Mgphgihjgfj - odparła usłużnie.

    - Nie rozumiem - wbiłam w nią poirytowany wzrok, ale szybko musiałam go odwrócić, bo jej światłość była zbyt porażająca.

    Mgphgihjgfj - powtórzyła.

    - Po prostu powiedz, jak mam się do ciebie zwracać - rzuciłam, czując narastającą irytację.

    - Nakropka - powiedziała wyraźnym, czystym głosem.

    - Cieszę się, że się rozumiemy, Nakropko - powiedziałam nieco bardziej spokojnym głosem. - A teraz możesz mnie uświadomić.

    Nakropka usiadła po turecku na stole, przejechała jasną dłonią po jego chropowatej powierzchni i mruknęła, niby od niechcenia:

    - Nie chcesz już kochać.

    - Nigdy nie kochałam - zaprotestowałam szybko.

    - Wiem. Ale nie chcesz już... W ogóle.

    Zmarszczyłam brwi, przyglądając się jej uważnie.

    - Cokolwiek o tym wiesz... No, po prostu stwierdziłam, że na razie jest mi to absolutnie niepotrzebne. Nie obrastam w obojętność, tylko w...

    - Nieprawda - zaprotestowała Nakropka. - Stajesz się zimna jak lód, gładka jak tafla niewyjeżdżonego lodowiska, sama jak sopel lodu.

    - Nie. Po prostu... Chcę się poczuć wolna. Wolna od wszelakich zobowiązań. Nie potrzebuję kryć się w cieniu czegoś, co przejmuje nade mną kontrolę, sprowadza mnie na złą drogę - wytłumaczyłam wolno.

    - I sądzisz, że ominięcie problemu i zapomnienie o całej sprawie - właściwie o burzy, jaką rozpętałaś - całkowicie rozwiąże twoje dylematy?

    - Ależ ja nie mam żadnych dylematów.

    - Tylko próbujesz to sobie wmówić.

    - Nieprawda - opadłam bezwiednie na posadzkę, westchnęłam. Skoro to nie był sen, jakim cudem znalazłam się w tym miejscu?

    - Potrzebujesz kogoś. Każdy kogoś potrzebuje - powiedziała łagodnie Nakropka. Poczułam jej ciepłą dłoń na swoim odkrytym ramieniu.

    - Ale nie teraz - zaznaczyłam.

    - Chciałam ci uświadomić, że tak żyć się nie da - Nakropka otoczyła mnie świetlistymi ramionami, koniuszki jej jasnych włosów dotknęły mojej szyi. - Chciałam ci uświadomić, że ludzie muszą mieć kogoś do kochania, nawet jeśli są sami i nieszczęśliwi.

    - Ale ja nie jestem ani sama, ani nieszczęśliwa. A jeśli ktoś ma kogoś do kochania, nie może być nieszczęśliwy.

    - Właśnie - nie patrzyłam na nią, ale wiedziałam, że się uśmiechnęła. Łagodnie i ślicznie, bo przecież całą sobą reprezentowała uosobienie piękna. - To miałam ci uświadomić.

    Ciepło powoli się oddalało, odwróciłam głowę.

    - Powiedz mi tylko... Jeśli to nie jest sen, to co?

    - Jesteś świadoma - powiedziała tylko. Zmarszczyłam brwi.

    - Spotkam cię jeszcze kiedyś?... - zapytałam cicho.

    Nakropka uśmiechnęła się delikatnie, zaszeleściła śliczną sukienką i zniknęła. Zrezygnowana, oparłam łokcie na chropowatym blacie stołu.

  • Wpis w: Szkicownik myśli   7 miesięcy 9 godzin ago

    To zdanie wywołuje identyczną reakcję za każdym razem, kiedy rozmowa schodzi na tematy związków.
    - Jak nie masz? Musisz mieć. Każdy ma. - I widzę po oczach, że mózg nie ogarnia.
    - Ja nie mam. - W tej chwili system ostatkami sił broni się przed awarią.
    - Jacy faceci ci się podobają? – Wzdycham, przeczuwając co nastąpi za chwilę, ale odpowiadam spokojnie:
    - Najczęściej rozczulają mnie duzi chłopcy, taki Fragione, czy Grey Gubler na przykład. Ale Gyllenhaala, czy tego, no... Butlera też bym z łóżka nie wygoniła.
    - No widzisz! – system radośnie unika awarii o milimetry – Masz ideał. Każdy ma.
    - Nie mam.
    - Noż kur... – frustracja zaczyna osiągać poziom niebezpieczny – Ale z łóżka byś nie wygoniła?!
    - Z łóżka nie, ale z życia? Czy ty myślisz, że taki Gyllenhaal mi wyczyści kibel? Albo zrobi pranie? On się do pomacania klaty i podziwiania buźki nadaje, do łóżka. Ale do ideału mu daleko.
    - To może chociaż charakter? – mózg czepia się ostatniej deski ratunku. – Jaki ma być twój facet z charakteru?
    - Jeśli będzie mi się z nim dobrze dyskutować i kłócić, to reszta jest do przyjęcia.
    - I jak będzie gruby, brzydki i nudny to olejesz?! – Sarkazm niemal wlewa mi się do piwa. Wzdycham ponownie.
    - Ja chuda nie jestem, będzie motywacja, żeby razem się wziąć za siebie. Brzydkich ludzi nie ma, każdy jeden ma przynajmniej jedną piękną rzecz. Ty masz na przykład śliczny wykrój ust – nie umiem powstrzymać się od wbicia szpili. – A jeśli będzie umiał dyskutować, to z automatu nie będzie mógł być nudny.
    Piękne wargi wyrzucają z siebie oburzone prychnięcie.
    - Ty faktycznie jakaś dziwna jesteś. – I koniec rozmowy.

    Naprawdę nie umiem zrozumieć dlaczego ludzie prawie mi obcy próbują mi udowodnić, że ja ten ideał mam, tylko sobie z tego nie zdaję sprawy, albo chcę go ukryć. Rozumiem ideę ideału. Ale jesli 'ideał' wygląda tak: "normalna, skromna, wrażliwa, komunikatywna, w sferze wyglądu chuda/szczupła" a z wad może być lekko uparta, mieć lekkie kaprysy i może nawet palić [to jest autentyczny opis] – to pozostaje mi jedynie życzyć szukającemu powodzenia. Dużo powodzenia. Znam dużo kobiet, żadna nie spełnia więcej niż czterech z tych wymagań. Ja spełniam dwa. Góra trzy [bo pojęcie 'normalny' jest dla mnie pojęciem tak ambiwalentnym,  że albo nikt albo wszyscy się łapią]. Nie twierdzę, że nieposiadanie ideału to wspaniałe wyjście, bo też jestem sama. To nie jest tak, że ja nie mam wymagań i przyjmę pod swoje skrzydła wszystko jak leci. Ale z takim szablonikiem ideału musi być nieziemsko trudno. Przecież co przyłożysz ten szablon do żywej osoby to zawsze coś będzie tu wystawać a tu będzie brakować. To ja już wolę pogadać chwilę z tym rudzielcem z zajęczą wargą i jadowicie zielonymi oczami. Ładne ma te oczy.

  • Wpis w: Szkicownik myśli   7 miesięcy 9 godzin ago

    Termiczny kubek malinowej herbaty z kardamonem i myśli. Dużo myśli. Jeszcze więcej jedynie zarysów myśli. One męczą najbardziej. Irytują najmocniej. Inspirują najgłębiej.

    Odra. Brudnobrązowa, niebieska tylko iluzorycznie, próżnie odbija w sobie niebo. Niemal czyste. Błękitne niebo i brudna Odra. I śnieg wczorajszy, przechodzony, ale biały. Zawsze biały. Śnieg mrozi mi palce u stóp, słońce pozoruje zainteresowanie dzisiejszym dniem. Długopis w moich palcach, wystukujący rytmicznie kolejne słowa, unosi brwi nielicznych przechodniów.

    Zasnęłam wczoraj późno, bardzo późno. Morfeusz walczył chwilę z natrętnymi myślami, ale kiedy zorientował się w liczebności przeciwnika, postanowił przeczekać na z góry upatrzonych pozycjach. Zanim wrócił, przemieliłam przez żarna dociekliwości cały ostatni weekend. Doszłam do wielu wniosków, podjęłam decyzje, cztery, i zadałam sobie dziesiątki, może setki pytań. Jedno  z nich zadałam dawniej i mniej dawnie różnym ludziom którzy choć na chwilę pojawili się w moim życiu. Każdą z odpowiedzi zapisałam wyimaginowanym ołówkiem na wyśnionej kartce w kratkę i odłożyłam w kącik umysłu. Ale zanim zdążyłam je posegregować zamknęła się wokół mnie klatka Twoich ramion i pytania uciekły spłoszone.

    Od rana uśmiecham się do siebie. Jest mi lekko. Czuję się naładowana. Kompletna. To przerażające jak bardzo moje emocje, moja psychika są uzależnione od prostego dotyku. To niemal straszne jak wiele może zmienić sen w czyichś objęciach. To niesamowite jak pojedyncze dotknięcie potrafi wywabić czarne chmury z mojego umysłu. To niesamowite jak bardzo czuję się wypoczęta, przede wszystkim psychicznie.

    Dziękuję.

  • Wpis w: Szkicownik myśli   7 miesięcy 9 godzin ago

    Otulenie płaszczem chłodnym i drapiącym w kark. Mróz kłujący w oczy, wciskający się pod wełniane rękawiczki. Ściągam rękawiczki, żeby poszukać Twoich dłoni, ale Ty ich nie dotykasz. Ty trzymasz się od nich z daleka. A ja nie odważam się szukać.

    Szadź na drzewach. Gałęzie zwieszające się bezwiednie, tworzące swego rodzaju osłonę przed mlecznym niebiem. Mróz smaga moje dłonie, liże wysuszone palce i zniszczone paznokcie. Nie szukasz moich dłoni, nie pragniesz mojego dotyku.

    Zrewolucjonizowałam swój sposób działania. Zrewolucjonizowałam swój sposób myślenia. Od nerwowej i niepewnej myśli, od umykającego marzenia przechodzę do drżących czynów. W mrozie, na śniegu, w asyście czarnych wron dziobiących biały puch za naszymi plecami, bezwiednie poszukuję chłodnymi dłońmi Twoich.

    Nie czuję Twoich palców, a Ty nie czujesz moich. W Twoich oczach widzę chłód otaczający nas wokół, a Twój dotyk jest obojętny i bezwyrazowy, nie stanowi odpowiedzi na moje nieśmiałe pytanie. Spuszczam głowę w rezygnacji. A potem ją unoszę, odważnie patrzę Ci w oczy. Przełykam ślinę, chcąc coś powiedzieć, wydusić z siebie słowa, które powinny wybrzmieć dawno temu...

    Ale najpierw dostrzegam to w Twoim spojrzeniu. Dostrzegam w nich zupełny brak uczuć, których tak bardzo pragnę. Dostrzegam nicość, która wszystko wyraża, która mnie machinalnie odpycha... Bezwiednie puszczam Twe chłodne palce, cofam się i potykam. Upadam na śnieg, przestraszone wrony odfruwają.

    Nie schylasz się, żeby pomóc mi wstać.

  • Wpis w: Thor: Mokry świat   8 miesięcy 2 tygodnie ago

    Hajmdal zupełnie bezwiednie wyszczerzył szereg śnieżnobiałych zębów, które przy jego ciemnej karnacji zdawały się błyszczeć w świetle porannego słońca. Tak, zęby były jedynym elementem ciała strażnika Bifrostu, który mógł widzieć ten islandzki idiota – skald, znaczy się, autor Eddy poetyckiej – który w swoich aliteracyjnych, panegirycznych wypocinach uparcie nazywał Hajmdala „białym bogiem”.

    Dopiero spiorunowany wzrokiem jedynego oka Wszechojca zdał sobie sprawę, że, kogo jak kogo, ale jego to bynajmniej nie powinno bawić. Szybko odzyskał rezon i jego twarz z powrotem przybrała kamienny wyraz, jak na prawdziwego niezłomnego służbistę przystało.

    Odyn już otwierał usta, by ryknąć na niesubordynowanego strażnika, gdy jakby spod ziemi wyrosła przed nim nagle kobieta o nietypowym kolorze skóry, ciemnobrązowym z delikatnym złotawym połyskiem (przy nim hajmdalowa o czekoladowym odcieniu wyglądała zupełnie pospolicie) i skośnych oczach. Obaj mężczyźni od razu ją rozpoznali. To była Snotra, szefowa tajnej organizacji Hugin og Munin, czyli asgardzkiego wywiadu.

    Znany z przebiegłości Valfadr zatrudnił ją na tym stanowisku właściwie tylko ze względu na jej płeć, nietypowe pochodzenie i orientację seksualną. Powszechnie bowiem wiadomo, jaki odsetek mniejszości rasowych, kobiet i homoseksualistów powinien piastować ważne funkcje państwowe (a przy okazji znaleźć miejsce w obsadzie dobrego amerykańskiego filmu). Snotra natomiast liczyła się jako aż cztery jednostki, znacząco podwyższając statystyki – była jednocześnie kobietą, lesbijką i osobą rasy zambo, czyli potomkinią żółtej matki i czarnego ojca. Jakby się lepiej zastanowić mogłaby robić nawet za pięć osób, gdyż była w dodatku sierotą - Hajmdal za nic nie przyznawał się do rzekomej córki, którą nieustannie mu wmawiano, a matka Snotry została przez przypadek zepchnięta z księżycowej skały przez przelatującego nieopodal Iron Mana.

  • Wpis w: Jeszcze tylko raz   8 miesięcy 2 tygodnie ago

    - Zejdziesz w końcu na śniadanie?! - Zawołała matka na tyle głośno, że aż podskoczyłam na łóżku.
    - Nie! Weź się odpierdol! - Odparłam równie ostro. Pomyślicie zapewne w tym momencie, że patologia pięknie kwitnie w tych czterech ścianach. Rodzice alkoholicy, którzy niby udają zainteresowanie swoim dzieckiem, niby nie chcą by zeszło na złą drogę, a przy każdej możliwej okazji chleją na umór.  Do tego córka, która w taki sposób odnosi się do swojej rodzicielki i jeszcze odczuwa z tego powodu dziką satysfakcję. Możecie myśleć, że jestem niewdzięczną szmatą, ale tylko w taki sposób mogę do rodziców dotrzeć. Tylko agresja na nich działa. Jakbym teraz się zawahała, to zaraz bym się znalazła w samym sercu kolejnej, rodzinnej awantury, a na to nie mam ochoty. Moja stanowczość i być może pewien przesadyzm sprawiają, że przynajmniej na kilka godzin mam spokój.

    Pół godziny później wymknęłam się z domu na tyle cicho, aby nikt tego nie zauważył. Powinnam iść do szkoły, ale ten tydzień jest już na tyle spierdolony, że nie mam ochoty psuć go sobie jeszcze sprawdzianem z historii, który mam na drugiej lekcji. Na pierwszą zatem też nie ma sensu iść, trzecią jest religia, która z automatu odpada, czyli zostają jeszcze trzy. Fizyka - okropieństwo! Język polski - nie dzisiaj. No i biologia, która jest chyba jedynym przedmiotem z dzisiejszego repertuaru, który nie wywołuje we mnie mdłości. Dla jednej lekcji nie będę jednak wracała do budy. Nie mam zamiaru się tłumaczyć. 

Nowe wpisy

Truskawki w śmietanie
Truskawki w śmietanie
Babiniec. Czyli gdzie ci mężczyźni
Szkicownik myśli
Szkicownik myśli
Szkicownik myśli
Thor: Mokry świat
Jeszcze tylko raz